Od talerza babci do feedu Instagrama: Foodstyling po ludzku (czyli jak przestać się bać i zacząć klikać)

Od talerza babci do feedu Instagrama: Foodstyling po ludzku (czyli jak przestać się bać i zacząć klikać) - 1 2025

Od babcinego talerza do feedu na Instagramie – jak wszystko się zmieniło?

Kiedy w dzieciństwie wchodziłam do kuchni mojej babci, czułam się jak w magicznym świecie. Zapach pieczonego ciasta, szum gotującej się zupy i lekki połysk na glinianym talerzu – to wszystko tworzyło niepowtarzalną atmosferę. Nikt wtedy nie myślał o fotografii, a jedzenie po prostu było. Dziś, kiedy sięgam po smartfon, a moje zdjęcia jedzenia zaczynają zapełniać feed na Instagramie, zastanawiam się, kiedy ta sztuka przekształciła się w coś więcej niż tylko chwila na pamiątkę. Foodstyling, bo o nim mowa, przeszło niebywałą ewolucję – od spontanicznych ujęć, które opowiadały historie kuchni babci, po perfekcyjnie wyreżyserowane sesje, które czasem tracą swoją duszę. Ale czy nie da się połączyć tych dwóch światów? Autentyczności i profesjonalizmu? O tym właśnie będzie ten tekst – o powrocie do korzeni, o tym, jak przestać się bać i zacząć klikać z serduchem.

Prosta sztuka w czasach przepychu – jak zmienił się foodstyling?

Przypominam sobie swoje pierwsze próby fotografowania jedzenia. Miałam wtedy może 15 lat i od niechcenia ustawiłam na stole babcine pierogi, po czym łapałam je w telefon. Wtedy nie znałam zasad kompozycji, światła ani edycji. Po prostu chciałam, żeby ktoś zobaczył, jak smakowało mi w dzieciństwie. Oczywiście, efekt był… powiedzmy, amatorski. Zdjęcia były płaskie, zbyt ciemne albo rozmazane, ale w nich była magia – ta sama, którą czułam, patrząc na babcię krojącą warzywa. Z czasem zauważyłam, że Instagram zaczął zdominować zdjęcia jedzenia – od minimalistycznych, naturalnych ujęć po rozbudowane aranżacje z rekwizytami, które miały zachwycić każdego. I choć można się pogubić w tych trendach, najważniejsze jest, by nie zapomnieć o prostocie. Bo to ona czasem mówi najwięcej. Autentyczność, naturalność, odrobina chaosu – to wszystko nadal działa. Nie trzeba się ścigać z perfekcją, wystarczy pokazać, co czujemy do jedzenia i do siebie nawzajem przy stole.

Technika i osobiste historie – jak pokonać lęk przed zrobieniem zdjęcia?

Przyznaję, że początki były pełne frustracji. Mój pierwszy smartfon, który kupiłam w 2015 roku, to był Samsung Galaxy S5 – świetny na początek, ale do zrobienia naprawdę ładnego zdjęcia trzeba było się trochę nagimnastykować. Słaba jakość światła, brak statywu, a do tego własne niedoświadczenie. Pamiętam, jak próbowałam sfotografować babcine ciasto drożdżowe – w słabym świetle, z ręką drżącą od emocji, bo przecież chciałam, żeby wyglądało apetycznie. I wtedy odkryłam, że magia tkwi w świetle. Złota godzina – to nie tylko romantyczny termin, ale i mój najlepszy sprzymierzeniec. Podczas jednej z sesji, z lampą w ręku i drewnianą deską od pani Basi z second-handu, nauczyłam się, jak światło pada na jedzenie, by wydobyć teksturę i ciepło. Od tamtej pory staram się korzystać z naturalnego światła, a jeśli już sztuczne, to z rozproszonego. Zamiast ukrywać niedoskonałości, pokazałam je jako część historii – bo przecież jedzenie i życie są pełne niedoskonałości, które dodają im charakteru.

Jak pogodzić tradycję z nowoczesnością? Opowieść o feedzie i prawdziwym jedzeniu

Chociaż na Instagramie królują coraz bardziej dopracowane sesje, wciąż czuję, że najważniejsze jest opowiedzenie własnej historii. Moje zdjęcia, choć często inspirowane trendami, próbuję osadzać w realnym świecie. Na przykład, moja sesja z lodami, które roztopiły się zanim zdążyłam zrobić zdjęcie – to była lekcja pokory i nauka, że czasem mniej znaczy więcej. Nie ma potrzeby, by wszystko było idealne. Właśnie ta autentyczność przyciąga najwięcej ludzi. Z drugiej strony, nie można zapomnieć o technice – tło, rekwizyty, kompozycja, a także umiejętność korzystania z aplikacji do edycji. Moim ulubionym tłem jest stare, drewniane deski od pani Basi, którą kupiłam w second-handzie. To one dodają zdjęciom ciepła i charakteru. A rekwizyty? Pęseta do precyzyjnego ułożenia składników, bo przecież nawet plasterek sera musi wyglądać perfekcyjnie – choć nie zawsze musi, jeśli chcemy zachować naturalność.

Podróż emocjonalna – od frustracji do radości

Niektóre dni są trudniejsze od innych. Przypominam sobie, jak próbowałam sfotografować zupę – i ta zupa wyglądała jak rozgotowany makaron na talerzu. Wtedy poczułam się jak nieudacznik, ale zaraz potem pomyślałam: „A co, jeśli zamiast ukrywać niedoskonałości, pokażę je jako część historii?” W efekcie, zamiast idealnie ułożonego zdjęcia, powstał chaos, który wywołał uśmiech na twarzy moich znajomych. Innym razem, podczas sesji z kotem na blacie, zyskałam najwięcej spontanicznych ujęć, które oddały prawdziwe życie. To właśnie te chwile najbardziej mnie inspirują. Z czasem nauczyłam się, że nie muszę być perfekcyjna – ważne, by moja historia była szczera. I choć pojawiały się momenty zwątpienia, satysfakcja, kiedy ktoś mówi, że moje zdjęcie ma duszę, wynagradza wszystko. Bo przecież jedzenie to nie tylko estetyka, ale przede wszystkim emocje, wspomnienia i pasja do dzielenia się tym, co kochamy.

Chwyć za aparat, odważ się i opowiadaj

Na koniec, chciałabym Cię zostawić z jednym – nie bój się klikać. Nie musisz mieć najdroższego aparatu, wystarczy smartfon i odrobina odwagi. Zamiast dążyć do perfekcji, skup się na tym, by Twoje zdjęcia opowiadały Twoją historię. Zainspiruj się babcinym talerzem, wspomnieniami z dzieciństwa albo ulubionym tłem z second-handu. Pamiętaj, że najważniejsze jest, by jedzenie wyglądało tak, jak czujesz, że ma wyglądać. Niech Twoja feed będzie kulinarnym pamiętnikiem, pełnym autentyczności i osobowości. A gdy poczujesz, że coś nie wyjdzie – nie poddawaj się. To właśnie porażki uczą najbardziej – jak robić lepiej, jak bawić się światłem i jak opowiadać swoje historie. Bo w końcu, foodstyling to sztuka, a sztuka to opowieść o nas samych. Kliknij, pokaż, opowiedz – i zacznij tworzyć własny, niepowtarzalny świat na talerzu i na Instagramie.